"Zaklęcie"

Idę lądem,
płynę wodą,
A czy słońce
lśni pogodą,
Czy pioruny
z błyskawicą,
Czy na niebie
gwiazdy świecą,
Czy mnie noc,
czy dzień otoczy,
Czy mi jasno,
czy mi ciemno,
Zawsze przy mnie
lub przede mną
Takie wielkie
czarne oczy!
Ach!
To jej oczy!



Piję miód
i piołun piję,
Zbieram ciernie
i lilie,
Sok wyciskam,
lecz w napoju
Nie ma zdrowia,
ni spokoju,
Choć dokoła
przestrzeń pusta,
Choć relikwię
pocałuję,
Zawsze na mych
ustach czuję,
Koralowe,
drogie usta,
Ach!
To jej usta!



Istna ona
czarownica,
Świat zaklęła
w swoje lica,
W swoje usta,
w swoje oczy,
Już i pacierz
nie odroczy;
Wszystko zmienia
się w jej postać
Kędy spojrzę,
wszędzie ona,
Człowiek od tych
czarów skona,
Lub sprawczynię
musi dostać
Ach!
Gdyby dostać!



N. Żmichowska




2008-09-15
18:58:01




Z wyjazdu wróciłam cała i zdrowa, no nie licząc uszkodzonego paznokcia i uszkodzonej delikatnej psychiki dziecięcej. No i może kupa pod prysznicem nie była szczytem moich wyjazdowych marzeń, ale mogę śmiało wysunąć stwierdzenie, że nie było tak źle jak się zapowiadało.
Wracam powoli do rzeczywistości dnia szarego i zimnego. To co mnie niekiedy ekscytuje powoli zanika już i zachodzi za chmury. Głupio tak, a przecież w wyobraźni było ciepło.
Obecnie dokonuje w sobie i na sobie przeobrażenia czwartego stopnia wtajemniczenia w sztuce bycia kimś fajnym. Średnio mi się to udaje, ale byle do przodu, szasemambo.
Chciałabym (może zniknąć) móc być na chwile trochę inna i może też w innym miejscu się znajdować, bo trochę rzeczywistość przytłacza, nawet jak już poprawki są po zaliczane i indeks leży w dziekanacie to jednak coś sprawia, że zamiast iść do przodu to cofam się. Dziwnie tak.



skomentuj (1)





2008-08-31
18:36:57




Za dwa dni wyjeżdżam na obóz przetrwania. Bez narkotyków, seksu, piwa i muzy. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, perspektywa spędzenia dziewięciu dni z ludźmi z uczelni napawa mnie pesymizmem i sprawia, że zaczynam doceniać zwykłe dni kiedy nudzę się w domu. Dużo dałabym za to, aby mieć tyle czasu, aby móc się czasami ponudzić tak zwyczajnie.
Ostatnio zaczynam się zastanawiać nad moim ogólnym rozeznaniem życiowym w sprawach ekonomicznych i nie tylko. Doszłam do wniosku, że będę żyć jedną noc, spać dwa dni i nie będę spożywać w poniedziałki. Resztę tygodnia zamierzam wegetować lub słuchać ciekawych wykładów, żeby potem na egzaminie dostać z tych przedmiotów dwóję. A któregoś dnia po prostu zniknę nad ranem (mam nadzieje). W zasadzie to ostatnio bezcelowo oddycham w społeczeństwie i jakoś bezsensownie się poruszam. Może dlatego, że coś w środku we mnie wie, że niedługo zniknę.

Z wieści bardziej optymistycznych na koniec powiem, że za cztery poniedziałki mija mój poniedziałkowy rok. Prezenty i kwiaty będę przyjmować w pierwszy poniedziałek października. Dziękuję.i.pozdrawiam.




skomentuj (0)





2008-06-18
19:44:53




Nie mam żadnego spójnie logicznego pomysłu na życie. Miotam się raz w jedną, a raz w drugą stronę. Trochę czasami mnie to przytłacza, a ostatnio jeszcze częściej. Chciałabym zacząć wszystko jeszcze raz, albo obudzić się w miejscu, kiedy szlam do szkoły średniej. Wtedy było mi najsłodziej i najlepiej chyba, może z wyjątkiem nauki fizyki.
Tęsknię za beztroskim niczym. Wyobrażam sobie to, kiedy patrzę w martwe punkty. Chyba już nie chce mi się żyć teraz, skoro mogłabym w przeszłości.
Chciałabym wreszcie zniknąć.

W szkole inne dzieci mnie nie lubią, ale już coraz mniej mi to przeszkadza. Nawet nie daje im już moich notatek do kserowania, może przez to straciłam na wartości.

Na rowerze jeżdżę sama bo nie mam z kim, a nawet jakbym miała to pewnie pojechałabym w druga stronę niż ktoś, bo jestem życiowo zaplątana.



skomentuj (3)





2008-04-02
21:29:47




Tydzień za tygodniem pędzi tak szybko, że nawet nie zauważyłam, że niedawno miałam osiemnastkę. Już trzecia osiemnastkę i pierwszą dwudziestkę w moim życiu. Chyba za szybko się kręcę, dni są bardzo podobne, choć kilka z nich odróżniam na przykład po tym, że na tefałenie leci jukendens albo trzydzieści dziewięć i pół (czyli Magda.em w ramonesce i wersji z doczepionym penisem).

Ostatnio jadąc autobusem nie zauważyłam gdzie kończy się jedno a zaczyna drugie. A przecież to taki łatwe. Chyba jednak nie dla mnie. Ja za bardzo pogubiłam się w otoczeniu i chyba nadmucham resztę moich urodzinowych balonów helem i odlecę do krainy gdzie zioło rośnie na drzewach, a wódka płynie w ludzkich żyłach. Tak by było najrozsądniej. Bo ja uwielbiam różne bale i często na nich bywać chcę, nie zniechęci mnie pogoda.

Oświadczenie:
Ja Małgorzata eL, pseudonim mal oświadczam uroczyście, iż ze względu na okoliczności i jeden wielki bajzel, moja trzecia osiemnastkowa impreza ostatnio sobotnia była OSTATNIĄ imprezą jaką zorganizowałam u siebie tj. w noclegowni św. Alberta zawsze najebanego.
Dziękuję za uwagę życzę/miłego/dnia.




skomentuj (0)





2008-02-11
21:35:08





Czekałam tak strasznie na moje prawdziwe ferie. Prawdziwe, bo nie obchodzimy teraz świąt pana Jezuska ani innych. To miały być prawdziwe ferie, beż świąt i bez … niczego w zasadzie. No i w sumie są, takie bo jakie mają być inne skoro takie ferie sama sobie zgotowałam. Wszystko mi się już myli …

Wolne dni zlatują jak wszystko, jak praca, jak sen. Niepostrzeżenie uciekają mi chwile z życia i naprawdę nie wiem gdzie one teraz są. Myślałam, że w ferie będę oddawać się rozkoszom umysłowo-fizycznym, jednak zamiast tego rozdaje diamentowe żele do włosów i szampony w kerfurze. Myślałam, miałam nadzieje spełnić się chociaż w sporcie, ale musze oszczędzać karnet bo już pozostało mi tylko kilka wejść. Pracuje, żeby zarobić mój pierwszy milion. Nie mam nadziei wygrać jutro czterech milionów, bo żal mi dwa złote za jeden zakład dużego lotka. Wszystkiego mi żal, nawet jedzenia (piwo się nie liczy) i zamiast kanapek z … jem bułki z keczupem. Przynajmniej są świeże. Obliczyłam, że jeśli nie będę jadła w poniedziałki to w skali roku będą to dwa miesiące zaoszczędzonego czasu na: kupowanie jedzenia, gotowanie, zmywanie, sprzątanie, sranie, podcieranie, spuszczanie wody po sraniu. Idealnie.
Liczba zaoszczędzonych poniedziałków na dzień dzisiejszy: 20.

PS. Na randki nie chodzę, bo mam zły humor i brak chęci do stawiania dupom piwa. Ewentualne zaproszenia proszę kierować w późniejszym terminie. Dziękuję za uwagę.








skomentuj (3)





2008-02-04
12:11:38




Do końca zimowej sesji egzaminacyjnej pozostał mi już tylko jeden egzamin i cztery dni*, a ja chodzę po nocach i robię zakupy w tesko. Nie jest to łatwe, ale nie myślę o tym i czekam na piątek, bo piątki są fajne nawet, kiedy nie mogę się zmieścić w służbową spódnice rozmiar trzydzieści sześć. Ot chudość nie była mi dana, co poradzić, cóż zrobić mam z tym fantem, może oplotę się bandażem elastycznym, albo ścisnę gorsetem i będę miała wreszcie pół, a nie półtora metra obwodu w pasie. Chyba pozostało mi już tylko zazdrościć innym i załamanie wewnątrz-własne z obolała głową od natłoku bzdur jakie cisną mi się na beret.

Z rana lubię sobie spalić bata, z wieczora wypijam ze dwa piwa i nakręcam się na pozytywne wibracje, energetyczne halucynacje i inne pokręcone momenty, których istnienie jest absolutnie konieczne. Jak dotychczas, piwo, sex, muza hare i do przodu. Lecę i mijam bloki, ulicami sunę, mknę aż kręci mi się od tego w głowie. Mogę, bo mam dużo wolnego czasu.
* z całego tygodnia, fragmenty zebrane.
PS. W związku z dużym zainteresowaniem moim nowym kolcem bolcem podaję do wiadomości, że kolec nie przeszkadza się w całowaniu z chłopcami bo ja się z chłopcami nie całuje, a z dziewczynkami to nie wiem, żadna nie narzeka, ale to może dlatego, że lepszej ode mnie nie znajdą moje super-ekstra-zajebiste fanki.

Do-zo.




skomentuj (0)





2008-01-17
20:09:57




Dni zlatują, jak zawsze przecież. Zaliczenia też zlatują, terminy zerowe gonią zaliczenia. Zapominam o połowie rzeczy, o ważnych spotkaniach, na które przecież nie mam czasu. Szkoda, że nie zapominam o jedzeniu, bo wtedy mogłabym zapomnieć również o sraniu i kupowaniu papieru toaletowego i bułek na śniadanie. Nie ma łatwo, przyznaję.

 

Zbieranie piesków z kerfura stanęło u mnie pod znakiem zapytania. Mam 24 naklejki, brakuje mi 26 na mopsa albo basset hounda, może ktoś z konsumpcjonistów ruszyłby się coś zakupić? Mam przecież tylu przyjaciół, że nazbieram zaraz na całą kolekcję psów. Eh, no ale sama pracowałam na to rzetelnie (chyba jedyna taka rzecz) i musze przyznać, że całkiem nieźle mi to wyszło. Kiedy myślę, że jeszcze jedna osoba miałaby zajmować mi czas spotkaniami, ploteczkami, wspólnymi posiłkami, wyjazdami i innymi takimi pierdołami to jest nie niedobrze. Starczy mi tyle z życia ile mam, obowiązków, przyjemności mam dostatek, zwierząt domowych tyle ile trzeba i metrów kwadratowych podłogi też.

Czego więcej chcieć? Może tylko tych naklejek mam mało, ale nie umrę przecież z ich braku.

 

Z nowości weekendowych powiem tylko tyle, że przy nauce lubię myśleć o jakimś fajnym tripie sobotnim i nie przejmować się goryczą tylko zatrzymywać w czasie,. Wciskać play/stop, bujać się w dziwnym rytmie, zagłębiać się w źrenice. Nic innego mnie nie interesuje, żadna psychologia, ani dydaktyka. Chciałabym tylko chodzić po ulicach i obserwować kolory w bliżej nieokreślonym stanie. Zawsze to lubiłam, niezależnie od tego jaka była pogoda. O czym innym mogę myśleć w sobotę? Nie wiem.



skomentuj (1)





2008-01-06
18:17:13




Dla Bardziej zorientowanych podaję, że do sesji pozostało mi 21 (dwadzieścia jeden) dni, z czego do przerobienia piętnaście rozdziałów Zimbardo, dwa teksty z historii wychowania i napisanie pracy na zajęcia do Pana eS. Czas się brać za siebie, a nie narzekać i gnić z łóżku z modelkami gotowymi na seks. Od seksu pojemność musku się zawęża i powstają luki pamięciowe, jak po alkoholu.

 

Do obozu zimowego pozostało 55 dni. Muszę pamiętać o tym, by codziennie ćwiczyć ciało, bo kondycja jest najważniejsza. Na basen chodzę sama, bo tak lubię, pod woda i tak nie można rozmawiać, ani całować się. Kupiłam sobie karnet standard ulgowy, ale chyba powinnam nabyć no limit, bo wtedy miałabym czas, alby wymasować sobie uda żelem zwalczającym celulit. Kuszące, naprawdę kuszące …

 

Podsumowując, dziękuję miłym paniom za randki, panom za piwo, mamie za chodzenie na poświąteczne wyprzedaże po zielone solniczki i pieprzniczki po pięć złotych za komplet i zaszywam się w swojej iście-nie-naukowej norze do odwołania. Prośby, zażalenia i inne proszę nadsyłać droga mailowa na affame@tlen.pl z dopiskiem „kocham Cię”. Odpowiem tylko na wybrane oferty ze zdjęciem.

Okopowa dwa-trzy nieczynna do odwołania.



skomentuj (0)





2008-01-06
17:42:39




Od kilku dni jestem chora. Na co? Nie wiem, wszystko mnie boli, wewnętrznie i zewnętrznie. Coś mówi mi, że nastał znów zły czas i nie wiem co z tego wszystkiego wyniknie. Pogoda się pogarsza, mój nastrój też.

Dziwne rzeczy,

Nie przyjmuje księdza po Kolędzie, bo ubieram się na czarno i jem koty na obiad. Na msze święta nie uczęszczam, u spowiedzi byłam trzy lata temu na bierzmowaniu, opłatka nie zjadam, nie święcę jajek, nie sklejam szopki z kartonowego pudełka.

Pod koniec grudnia nie obłożyłam się jedzeniem i piciem, nie brałam udziału w aktach przemocy, nie ubierałam choinki, nie uległam manii zakupów, nie dałam nikomu prezentu z okazji czasu jedzenia i siedzenia. Nie odczuwam pociągu do nucenia melodyjek z dzwoneczkami w tle, nie lubię świętego mikołaja.

Bo staram się żyć zgodnie z własnymi potrzebami i zasadami.

Jeśli czegoś nie potrzebuje, to dlaczego mam to kupić? Bo czekolada jest świątecznie zapakowana? W kształcie mikołaja czy bałwanka? Albo dlatego, że „raz na święta można sobie na to pozwolić”? Bzdura, nie musze jeść czekolady dwudziestego piątego grudnia jak cały świat. Mogę ją jeść kiedy zechcę. Nie chce być obłożona jedzeniem, tylko dlatego, że mam wolne dni. W wolne dni chce odpocząć, nie męczyć się nad tym by wysrać wigilijna wieczerzę. I nie kupie choinki, ani żadnej bombki, bo to tandeta. I głupota.

Nie zdarłam sobie paznokci przez świąteczne porządki, bo przed świętami nie sprzątam. Sprzątam wtedy, kiedy nieporządek przeszkadza mi, nie kupiłam zestawu cif, domestos i płyn do wycierania kurzy za dwadzieścia sześćdziesiąt dziewięć. Ściereczka była gratis.

 

W sylwestra zaszczyciłam swoja osoba warszawski klub. Najadłam się i napiłam, tyle ile chciałam, nie mniej i nie więcej. Nie widziałam ani jednej petardki, ale nie zależy mi na tym. Podobno petardki HaGieWu i tak zasłonił dym. Tak czy siak, nie kupie zestawu petard za 17, 99, ani armatki do wystawienia na balkon.

 

Od kilku dni tkwię w nowym roku, choć nie zamierzam mieć postanowień noworocznych to uważam, że poważniejsze podejście do pewnych aspektów życia na pewno mi się przyda.

Kto mnie zna, ten wie, że do rozrzutnych kobiet nie należę. Jednak wymyśliłam nowy sposób dochodu (albo raczej zmniejszenia wydatków) mianowicie zwrot kosztów związanych z paleniem tytoniu. Wyprzedaję też moje zapalniczki z gołymi babami i inne, bo nie używam ich już od października.  

 

Nigdy nie wiadomo, kiedy w życiu mogą przytrafić się najdziwniejsze momenty. Ja staram się być na wszystko przygotowana, nie lekceważyć żadnej chwili, w której życie może zmienić się o 180 stopni. Czekam na sekundę w której zniknę.

Dziękuję za uwagę, życzę tym, których lubię mile spędzonego czasu. Reszty nienawidzę.



skomentuj (0)





2007-12-13
21:03:23




Ostatnio nastroje u mnie bywają różne, a średnio jest nawet źle. Nie wiem co sprawia, że za dużo myślę, ale tak właśnie ostatnio ze mną jest, że zajmuje się, nie tym co trzeba.

W szkole całkiem w cipkę. Z egzaminu z teoretycznych podstaw dramy dostałam czwórkę. Mariola też. Skończyło mi się parę przedmiotów, zaczęło się trochę czego innego. Bo w przyrodzie nic nie ginie tylko zmienia postać na lepsza, gorszą lub podwójnie gorszą. W mojej grupie dzieci mnie nie lubią, oprócz Marioli, która mi zrobiła kurs mody damskiej w ostatni wieczór. Dowiedziałam się więcej niż w szkole, np. co to jest spódnica ołówkowa. Mariola to skarbnica wiedzy powszechnej i synteza wszystkich numerów Avanti. Bo bez Marioli to ja jestem jak dziecko we mgle, i w czerwonych szpilkach po dywanie przechadzam się.

  

Eh, zima już dawno jest na ulicach i się panoszy, jakby nie było nic innego do roboty. Przez ostatnie tygodnie było powyżej zera i mokro, teraz jest poniżej i sucho. Lepiej zimniej i kiedy sucho jest, bo wtedy buty nie przemakają. I podeszwa się nie odkleja … bo taki urok obuwia sportowego z poprzedniego sezonu.

Może czas już zakupić kozaczki i metr kwadratowy filcu zamiast karty miejskiej?

  

PS. Z ostatnich moich wyborów życiowych to musze powiedzieć, ze zapadło kilka decyzji:

a) Na Sylwestra z Teodorem zostajemy w Warszawie i zabawimy lesbijki w klubie naszym czarem i wdziękiem

b) Snowboard jednak, a nie narty wybrałam jako sport na obozie, bo narty są dla lamusów, a snowboard jest dla Marioli.

c) Zupa zamiast kotleta – moja nowa dewiza :P

 


skomentuj (0)





2007-12-05
22:50:21




Dziś obchodzę czterolecie twórczości własnej.


skomentuj (1)





2007-11-11
11:41:01




Czasami chciałabym schować się przed światem. Choć na chwilę tylko zakryć się kocem i udawać, że to cały mój świat. Bo ja nie lubię mieć dużego świata, bo świat jest zimny i deszczowy. Z rana jest najgorszy, im wcześniej, tym gorzej. Świat jest tak urządzony już, że ja do niego nie pasuje. I nawet gdybym chciała się dopasować, to męczyłabym się tyle, że zrezygnowałabym po tygodniu. Mi nie zależy by być częścią świata, kiedy takie łatwe jest to, że świat jest częścią mnie i może się dopasować do mojego rozmiaru czterdzieści dwa i dwudziestokilogramowej nadwagi. I wszyscy muszą tańczyć jak im zagram, inaczej wypierdalać. Ja jestem samolubem i muszę rządzić. Muszę, bo nic innego nie potrafię, nie nauczyłam się nastawiać na Ciebie, tylko Ciebie na mnie. Bo tak mi lepiej i lżej w takich sytuacjach. Łatwo tak jest, a przecież co jest łatwe to staje się moją domeną. Za trudne rzeczy się nie zabieram, bo sama jestem trudna i w swej trudności nie akceptuję niczego co też trudne, lub trudniejsze. Ot, głupia dewiza głupiej lesbijki. W dodatku całkiem brzydkiej.
Nadal nie udaje mi się przekonać Mariolki do jeżdżenia autobusem. Ona lubi pieszo i już, koniec kropka. Bo na wsiach tak jest, że się pieszo chodzi i nikogo to nie gorszy, bo przecież zdarte kozaczki można filcem podklejać i tez da się z tym egzystować. Biorąc pod uwagę jeszcze aspekt zimowy to całkiem klawy pomysł, którego nie zaczerpniesz z Avanti. Kozaczki z filcem to hit.
Ostatnio kładę się spać w niedziele i budzę się w piątek. Czas już nie zlatuje, czas znika. Bo jak wytłumaczyć znikające chwile, godziny spędzone razem, które ulatują nim zdążysz mrugnąć. To nadzwyczaj dziwne. Bo czy szybko, czy wolno czas zawsze leciał, a teraz nie leci tylko zanika. Dni się zlewają w jeden szybki dzień i nie ma odróżnienia od poniedziałku, wtorku, środy czy czwartku. Weekend to co innego, piątek, sobota i niedziela to tez jeden dzień. Czyli w tygodniu mamy już dwa dni. Z siedmiu, dwa zostały, ale za to okazałe i można spać po kilka razy. Można dużo jeść i dużo pić.
Teraz ludzie żyją szybko i supermarkety też. Kiedy wrócisz z cmentarza, możesz już wybierać prezenty z katalogu zabawek kerfura.

Zaraz stuknie połowa listopada… Może planowanie sylwestra już teraz to jest pomysł dziwny, ale musze już o tym pomyśleć, bo inaczej wyląduję na beznadziejnej imprezie jak rok temu i będę o dwunastej biegać po schodach upita i naćpana. W tym roku rozważam warszawski Etelnal i poznańską Pokusę. Nie wiem jeszcze co i jak będzie, w każdym razie mam kilka za i przeciw. Jedyna napisała na gronie, że nie pożałuje lesbom wina musującego, a może nawet wynegocjuję orzeszki pistacjowe. Kusi, kusi ….
Ciekawe jak to jest przespać sylwestra … Musze kiedyś spróbować.


skomentuj (0)





2007-11-06
22:32:43




Szłam dziś do szkoły o dziewiątej osiem. Zupełnie przypadkiem zobaczyłam, że kałuże zamarzły. Zamarzły, a co to znaczy, to znaczy, że temperatura spadła poniżej zera. Co zatem znaczy to, że temperatura spadła poniżej zera? Ano to, że jest już nawet mniej niż mało i mniej niż zero, znaczy, że zima zbliża się (ja nadal upieram się, że już jest) i niedługo zamrozi wszystko, nie tylko mnie.
Wczoraj dzięki gościnności Marioli razem z dziewczynami urządziłyśmy sobie wieczorek naukowy na temat teoretycznych podstaw dramy w oparciu o analizę książki pani Pankowskiej „Edukacja przez dramę”. Kto mnie zna, ten wie jak takie wieczorki naukowe w moim wykonaniu wyglądają. Z naszej czwórki to są dopiero naukowcy, kurwa, marnujemy się w tej szkole, ot co.
Kiedy wracałam ze szkoły padał już do tego wszystkiego śnieg i pomyślałam wtedy o tym, że zima musiała przyjść, bo moje życie przecież nie może istnieć bez ciągłych kłopotów i zmartwień. No i nadeszła, i pewnie będzie przejebana po całej linii, moja skóra mi to mówi i oczy. Nie szukam dobrych stron zimy, bo dobrych stron zimy nie ma i nie będzie. Jest tylko coś przez co jednak mi ulżyło w tej rozpaczy, mianowicie, autobus z pod domu pod szkołę. Przynajmniej wilgoć nie zniszczy mi butów, a piach i sól z lodem nie wyżrą mi spodni jak dwa lata temu.
Mariolka ma gorzej, ona nie ufa warszawskim autobusom i do szkoły chodzi pieszo. Jej kozaczki nie przeżyją zimy, umrą ze zdarcia, zachodzą się na śmierć. Moje buty, się nie zachodzą, tylko zastoją, bo ja więcej stoję niż chodzę. A Mariola zdziera zelówy i zapierdala, chociaż może sobie przecież podjechać … Aj Mariolka, Mariolka, co z Ciebie wyrośnie.

PS. Najmodniejszym w tym sezonie komplementem dla kobiety jest „ale wychudłaś”, podobno działa niesamowicie i kusząco, każda na to poleci. Może nawet ja.


skomentuj (0)





2007-11-05
10:50:46




Z rana moja fizyczność ma się kiepsko. Może dlatego, że nie wysypiam się ostatnio, albo po prostu ciało zbuntowane od duszy mi odstaje. Niewiadomo co jest tego przyczyną, że nie mogę wstawać rano. Po prostu nie wstaję i już. Czołgiem by mnie ściągali, a ja nie wstanę.
W zimę ze wstawaniem jest najgorzej. Nie budzi mnie słońce. W sumie w lato też mnie nie budzi bo mam okna na Niemcy i Francję, a w dodatku przecież zasłaniam czarnymi zasłonami moja norę i śpię. Tylko, że w lato jest inaczej, wiem, że za tymi zasłonami jest coś miłego i że coś wogle tam jest. W zimę nie ma nic, zupełnie nic. Pustka, zimność, ciemność, beznadzieja. Ot, cała pani zima, której życzę śmierci jak najszybszej. Ileż szczęścia byłoby we mnie, gdyby zimy już nie było. I nawet wstawałabym wcześniej o jedenaście minut…
W zimę wszystko mnie boli aż do głębi kości, a w głowie mam mgłę, którą można rozcinać nożem i formować w palcach. Lepsza ona jest od śniegu i wydajniejsza, bo jest jej nieskończenie dużo, a powstaje w momencie pomyślenia.
Uwaga, zimy jeszcze nie ma, ja już odczuwam jej obecność. Dziś są dwa stopnie. I jak tu czuć jesień polską złota kiedy jest już zima. Zima, zima, zimno < wystraszony >. Zamrożona zostanę od środka i od strony zewnętrznej. Bo zima tych co zimy nie lubią zawsze zamraża najwięcej. A ja tak nie chcę. Szkoda, że w zimę nie można pobierać nauki korespondencyjnie, wtedy ryzyko mojej śmierci uległoby zmniejszeniu.
Ale to n-i-e-m-o-ż-l-i-w-e.


skomentuj (0)





2007-11-03
18:33:17




Śnią mi się debilizmy. Straszne, rzeczy, monstrualne monstra, wymyślne wymyślności, głupie głupoty, a najgorsze jest w nich to, że bardzo się ich boje. Słyszałam gdzieś, że sny są odzwierciedleniem duszy… a jeśli jest to prawda, to ja jest w mojej duszy nie tak, skoro śnią mi się rzeczy złe, niepoprawne, a nawet przestępstwa. Nie mogę tego pojąć, ale to może wynikać z tego, że jestem ostatnio ograniczona umysłowo bardziej niż zwykle i moja zdolność skupiania uwagi i efektywnego myślenia jest bardzo mała. Malutka, malutka jak otwór w który można wsadzić tylko jeden palec i to w dodatku mały palec.
Wszystko z czegoś wynika, następstwo następstwa tamtego następstwa. I tak dalej, w koło Macieju i dookoła Wojtek. Bla, bla bla.

A dziś niby pozytywny dzień, a jednak nie, sama nie wiem jak go określić. Nachodzą mnie różne panie i proszą o pierdoły, jakbym była wypożyczalnią opasek w groszki. Albo fabryką dobrego humoru, choć brak mi ostatnio pozytywności. Nie ważne, różni ludzie, różne potrzeby …


skomentuj (2)





2007-11-01
14:55:17




Jak to możliwe, że niektóre pary po pół roku nie-bycia-razem znów razem są? I jak to jest, że kiedy nastaje w życiu moment zwrotny, to osoba której to dotyczy dowiaduje się o tym po fakcie? I do cholery, czy można oceniać coś o czym się nie ma (tu proszę sobie wstawić kolor) pojęcia? Głupie te pytania. Głupie bo ja jestem chyba coraz głupsza i głupsza. Tak, wyższa szkoła zrobi z Ciebie idiotę … Nie żartuję, mam skurczony musk do jednej setnej bo resztę zajmuje mi myślenie i krążenie wokół tematu nr jeden. Krew mi krąży wokół tego i hormony. Wyzbyć się tego nie mogę … płaczę śmiechem z tego wszystkiego.
No i proszę państwa mamy listopad. Połowa jesieni, a ja już myślę kiedy zima się skończy. Bo ja wiadomo w zimę nic się nie udaje. Ja jestem wiosną, latem, zimą nie. Zimą ja przestaję istnieć i choć mogłoby się zdawać, że poprzednia zima przerwała swą pozytywnością ciąg zim negatywnych to tak wcale nie jest. Bo zima zawsze będzie negatywna, zawsze wpędzi mnie w rozpacz i nie wymyślam sobie, tak naprawdę jest. Możecie wierzyć albo i nie, mało mnie to obchodzi, ja zimy nie lubię, a zima nie lubi mnie. I jeśli ja umrę tej zimy, to się wcale nie zdziwię. Bo ja się powinnam urodzić bliżej równika, może wtedy zima by mnie nie dręczyła. Na pewno nie, połowy z was bym nie poznała.
Doszłam też do wniosku, że moja nadwyżkę win wypiję z Leszkiem Żukowskim przed telewizorem. Nie mam wyjścia (oprócz wywalenia przez okno, ale za to jest mandat), przecież nie będę prosić o pomoc. Poradzę sobie sama. Zupełnie. S-A-M-A.
Dziś jadę z Mamą postawić babci znicz na grobie. Kupiłam komplet tę(en)czowych zniczy. Połowa jest zielono-niebiesko-fioletowa, a połowa czerwono-pomarańczowo-żółta. Idealne znicze, nieprawdaż? Mam nadzieję, że ten krzyż, który podeptałam przypadkowo dwa lata temu nie wsunie mi się dziś pod nogi. Może, zauważę, może zamyślę się i wpadnę pod linię cmentarną numer czterdzieści. Zamyślona, rozkojarzona wręcz jestem, chwilami pozytywnie i idealnie, chwilami beznadziejno-beznadziejnie. Nie ważne jak, ważne, że jeszcze jestem. Jestem, nie zniknęłam, ale zniknę.
Czego jeszcze nie dodałam? Może pieprzu? Może tego jak bardzo jestem zła. Skosztuj.


skomentuj (3)





2007-10-31
12:51:16




O świcie jutro zniknę … bardzo bym chciała. Pomóż mi, zimno mi.
Zimno mi strasznie, nawet woda od której ciało czerwienieje, a z nosa leci krew nie pomaga. Zimne ręce, zimne plecy, zimne uda.

Zniknę, zniknę, zniknę … kiedyś na pewno, ale niestety nie dziś. I pójdę tam, gdzie psy szczekają pizdami. I gdzie małe miasta śmierdzą i gdzie wiatr niesie ze sobą tony małych zimnych drobinek. Przypomniała mi się ostatnio moja refleksja nad wycieczką klasową i notka o niej z pięćdziesięcioma trzema komentarzami. Ah, co to były za czasy, kiedy miałam o czym pisać i kiedy miał to kto czytać i pisać mi właśnie tu o tym i o tamtym. Zwykle nie zdarza mi się czytać mojego archiwum, ale dziś mnie coś podkusiło … :>
Śmieszne czasy to były, naprawdę. Co rusz to nowe przebojowe imprezy, wódka, narkotyki od piątku wieczorem do poniedziałku rano. Nawet nie wiem skąd brałam na to wszystko pieniądze. Ah, kondycja, dobry humor, co weekend impreza i ta moja urocza niepełnoletniość. Wychodzenie na całe noce, błąkanie się po centrum o trzeciej w nocy, jazda autobusami w te i z powrotem … spanie w samochodzie, Galeria, Tomba, materac na podłodze, czajenie się na schodach. Boże, chciałabym przeżyć jeden weekend z serii tamtych niesamowitych weekendów. Ostatnio chyba trochę zdziadziałam. Chociaż nie. Odwiedziłam Tomba Bomba z dwa tygodnie temu. Opiłam się jak świnia absyntem i na chwiejących się nogach latałam góra dół i obczajałam co i jak kto z kim i wogle. Trochę inna impreza niż tamte schematyczne lesbo spędy z natłokiem byłych dziewczyn i byłych-niedoszłych. Towarzystwo mieszane, kibel męski wiecznie zajęty, wiadomo o co chodzi. Poznałam wtedy Marysię <3 taką fajną strit łorkerkę co pijaków i ćpunów ratuje w klubach. Fajna dziewczyna, bardzo ładna przede wszystkim i bardzo mądra. Chciałabym spotkać jeszcze Marysię, chciałabym jej podziękować za tamtą noc, bo sama bym nie dała rady, a z kimś zawsze raźniej i lepiej. Jeśli zna ktoś Marysię to mówcie, sama jej przecież nie znajdę…

W każdym razie, imprezy teraz, to nie są imprezy wtedy i takie moi drodzy są fakty (broń boże autentyczne i cofające się do tyłu)Wtedy działo się sporo, a może tylko mi się wydaje. Może działo się tyle samo, tylko ja pisałam więcej o tym, a teraz nie piszę wcale. No i jedno ci pozostało mi z tamtego okresu to fajność bycia fajnym czyli kocham siebie. Bo siebie trzeba kochać i szanować bo jak nie siebie to kogo i jak nie my to kto inny to zrobi? I kiedy? Bez zbędnych komentarzy proszę, ja swoje wiem i wiem nawet to co nie moje, a może i też Twoje.
Dziś w szkole pełne poruszenie z okazji pierwszego listopada. Nie wymieniam świąt, bo każdy obchodzi co innego i w inny sposób. Ja obchodzę dzień weganisty i zrobię sobie ucztę o jakiej nikt nie słyszał. Tak więc poruszenie ogromne, niektórzy wyjechali do domów już w poprzedni czwartek, jakby było to święto ich życia. Może i jest, może i trzeba się do niego ostro przygotować, ale na boga, powiedzcie mi zatem ile dni przed świętami bożego narodzenia nie będzie na mojej uczelni żywej duszy. Zaznaczam tu, iż wykładowcy też wyjechali i jest nieoficjalny dzień wolny.


skomentuj (0)





2007-10-30
14:13:13




Co się stanie kiedy włożymy palec do kontaktu? – Sprawdź. Najlepiej uczyć się przecież na własnych błędach. Po co na cudzych, skoro lepiej na własnych.

Chciałam Cię zamknąć na klucz. Nauczyć bycia mną w lepszej wersji i zmusić do mówienia tego co ja chcę słyszeć, robienia tego, czego ja chcę. Nie my, tylko ja. Nie Ty tylko Ja. Ja i Ja druga, lepsza kopia ze skasowaną złośliwością i wulgarnością i dograną inteligencją, manierami i z uśmiechem przyczepionym taśmą klejącą.

Ostatnio spadłaś mi z łóżka, bo za lekko trzymałam Cię we śnie. Zwykle tulę Cię mocno, wtedy jednak nie wystarczyło mi sił i wypadłaś mi na podłogę. Znalazłam Cię rano, o szóstej czterdzieści dwa. Przyniosłam znów do łóżka. Budzik zadzwonił o ósmej. Zostawiłam Cię bez słowa. Napiłam się herbaty i wyszłam. Bo tak mi się chciało.

Chciałabym zniknąć. Rozpłynąć się wśród fal, jak to śpiewa Renata. I chodzić sobie w samotności i patrzeć co robisz. Bo mam ciągle wrażenie, że Ty wiesz co ja robie. Że patrzysz na mnie, słuchasz mnie, dotykasz. Czas od tamtego czasu mija mi w dziwny sposób. Przelatuje szybko, choć mam też wrażenie, że od tamtego czasu, który nie był tym czasem minęło ze sto lat. Więc tylko pytanie, wiesz czy nie wiesz. Widzisz, czy nie widzisz i czy czujesz czy nie czujesz.

Czytałam w artykule, że można mieć omamy z głodu. Może dlatego wydaje mi się, że czuję wszędzie obecność Twą. Może. Na pewno nic przecież nie wiadomo, oprócz tego, że Kopernik była kobietą. Zwariowałam po prostu. Idealnie zwariowałam, w taki idealny sposób, z objawami szoku i niedowierzania jednocześnie z racjonalnym spojrzeniem na cała sytuację. Zwariowałam i to wiem, choć codziennie Sokrates przypomina mi, że wiem, że nic nie wiem. Ale ja wiem i to bardzo dużo, wiem ze zwariowałam w sposób w jaki najbardziej chciałabym zwariować (gdybym już musiała). Bo tak zwariować jak ja zwariowałam jest idealnie. Tak jak ja powinno się zawsze wariować. Nie od substancji odurzających lub po stracie dużej ilości pieniędzy, nie od wypadku drogowego i nie przez wojnę.
Zwariowanie idealne jest takie jakie jest teraz. W swej idealnej pięknej postaci jest tuz obok.


skomentuj (0)





2007-10-29
12:03:53




Dziś mamy poniedziałek, mój ulubiony z różnych względów i może tez dlatego, że jutro wtorek, dzień z panem eS pod znakiem latających cycków i skojarzeń nie związanych z tematem wykładu. A w przewie moje ulubione super-ekstra-zajebiste kanapeczki (tak, jem w szkole kanapki). Uwielbiam kanapki które sama sobie zrobię. Lubiłam kiedyś Twoje kanapki, ale już nie lubię. Lubię tylko swoje, i to takie z warzyw z bazaru od wieśniaków. Inne dzieci się ze mnie wyśmiewają i jedzą w kanapkach indyka w galaretce albo salami. A jeszcze inne jedzą hoddogi i bułki z białym serem albo hamburgery. Kiedy ktoś pyta z czym mam kanapkę, mówię , że z pasztetem. Boję się dodać, że to pasztet sojowy, bo zostanę wyśmiana lub obrzucona dziwnym wzrokiem jakim obrzuca się ludzi którzy są niespełna rozumu. A nie brakuje Ci mięsa? A jak możesz nie pić mleka? Nie lubisz jogurtów? Ja nie mogę bez nich żyć. Chuj mnie to obchodzi, co jesz, czego nie jesz co lubisz czego nie. A to czy soja jest obrzydliwa zachowaj dla siebie, ja moje zdaniem już mam, nie potrzebuje Twojego.

Osobiście też nie uważam, że świnia po rozcięciu jest pomidorem, a koszatniczka owocem kiwi. Nie nosze spodni z croppa. Ani skórzanego płaszcza, którego boje się zostawić w szatni, bo mi jeszcze ktoś go ukradnie. Nie jestem fanka coca-coli ani makdonalda. Chodzę na zakupy z brzydka torba wielorazową- śmiejesz się, usiądź. Ja postoję. A najchętniej to wysiądę.
Nie będę więcej tłumaczyć jak bardzo razi mnie obdzieranie zębami mięsa z udka kurczaka oraz tego, że nie ma nigdzie poszanowania dla tych którzy poszanowanie w sobie noszą dla każdej rzeczy.


PS. Po moich pierwszych doświadczeniach z praca innego typu niż dotychczas przeze mnie uprawiana, stwierdzam, że marnowałam się przez 10 miesięcy i że wolę pracować za dwucyfrową stawkę za godzinę.


skomentuj (2)





2007-10-26
10:39:28




W piątki z rana jest często mgła. Sądzę, że nie tylko w piątki, ale ja widz tylko w piątki, bo tylko w piątki rano wstaję. Wcześniej nawet niż w dni szkolne (czyt. poniedziałek, wtorek, środa i czwartek). Wsiadam z rana do tramwaju i jadę na bazarek. Bo na bazarku są najtańsze i najlepsze warzywa. I nie tylko. Na bazaru jest wszystko czego tylko dusza zapragnie. Są ksiązki, swetry, breloczki, batony czekoladowe, pompki do roweru, biżuteria, produkty pochodzenia zwierzęcego (w tym ciasta i słodycze z udziałem żelatyny), znicze, czasopisma, kosmetyki do połowy zużyte (lub do połowy pełne, jak komu pasuje). Jest koń na biegunach, są sanki, kasety wideo, sadzonki, skóry z lisa, nożyczki, portfele, kozaki na zimę, kostiumy kąpielowe, figurki Buddy i pluszowa żaba. Jest wszystko, gąski, orzechy włoskie, fasola, ananasy, łopatka wieprzowa bez kości, mleko w butelkach po napojach gazowanych, miód w słoikach po flakach zamojskich i pomidor i ogórek. Pomidora i ogórka traktuję jako jedno. Bo przecież pomidor i ogórek (kiszony, małosolny, surowy, krótki, długi, w plastrach, kostce i posolony) to nierozerwalna więź. To jak historia i nuda, Lech i Jarosław Kaczyńscy, jak czarny z czarnym, Alfred i Zuzia, jak ser żółty i keczup, jak ziebo i ziemia, Ja i Ty i jak blondynka i głupota. Tej pary nic nie rozłaczy, choćby nawet ogórek przybierał dziwna postać, a pomidor stał się keczupem ( i miał przy okazji zależność z serem żółtym) to i tak zawsze pomidor i ogórek będą razem trwać. I choć biologicznie takie połacze nie wcale nie jest korzystne to nic im to, ogórek i pomidor są nierozłączne, sczepione czymś, idealnie dobrane, stworzone dla siebie nawzajem. I nawet kiedy pomidor posypany jest szczypiorkiem (znacznie słabsza zależność, chyba, że w gre wchodzi ser biały) to i tak ogórek będzie trwał przy nim, wspierał, rozumiał, kochał. Z czego trzeba na jedna rzecz zwrócić uwagę … najpierw ogórek potem pomidor, nigdy odwrotnie. Bo pomidor lubi być na górze, ogórek lubi być na dole.
Dziś z bazarku przywiozłam sześć kilo jabłek, po trzy na jedną rękę. Wypiję z nich sok, po litrze na jedna noge. Zbieram się, część, ide poczęstować państwa czekoladą.


skomentuj (0)





2007-10-24
17:24:52




Witam Państwa serdecznie. Po przerwie technicznej powracam z nawałnicą nowych notek i jeszcze nowszych przemyśleń na tematy ogólne i szczegółowe. Dodałam notki zalegające i czekające w folderze moje dokumenty na-nie-wia-domo-co. A może i wiadomo, tylko wstyd mi napisać, bo przecież są jeszcze osoby, które wchodzą tu i czytają moje bzdury jakby ich to chociaż trochę interesowało.
Od ostatnich wpisów (również tych które dodałam dziś, bo jak już pisałam zostały dodane z opóźnieniem) minęło sporo czasu. Nie opisałam wrażenia z mojej matury ustnej z języka polskiego, ani wyjazdów wakacyjnych, ani tego jak bardzo się cieszę z chodzenia do mojej nowej szkoły. I tak naprawdę chyba nie chce mi się o tym pisać, a wam zapewne nie chce się o tym czytać. Sranie-w-banie.
Od ostatniego tygodnia poświęcam się sobie, jestem naokoło siebie i obok i nic mnie więcej nie obchodzi. Nie biorę też pod uwagę uczuć innych i uważam, że wszystko należy się mi i tylko mi.
Eh, zmęczona jestem tym wszystkim.
Oczekiwałam, choć nie mam prawa oczekiwać i kocham, choć nie mam prawa. I od teraz nie kręci się już wszystko wokół mnie, tylko moje myśli obok Ciebie, a ciało leży bezwładne i prosi o odrobinę czegoś. W ustach mam smak krwi z nosa, bo często miewam krwotoki. Podobno to od kapania się w zbyt gorącej wodzie… ale ja muszę się kapać we właśnie takiej temperaturze, bo inaczej zamarznę. Zimno mi cały dzień, a w nocy to podwójnie odczuwam. Mam bolesne bicie serca, ciężką bolącą głowę i złamany paznokieć. Z tego wszystkiego krwawiące dziąsła potęgują te uczucia i potęgują wrażenia smakowe. Lepiej, żebym nie wychodziła, bo jeśli serce przebije się przez skórę i wyskoczy, to nie dogonię go bo nie mam siły.
Od kilku dni, kiedy kładę się spać odnoszę wrażenie stanu podwyższonej gotowości na cokolwiek i szczerze się przyznam, że mam spory natłok myśli i skojarzeń. I czasami zdarza się, że nie mogę usnąć.

PS. Od dnia wczorajszego istnieje klub MPK. Nie wiem jak owa działalność się rozwinie, ale mam nadzieję na współpracę i zaangażowanie uczestniczek, tej!






skomentuj (0)





2007-10-24
16:49:12




Często na tym blogu zdarza się tak, że właścicielka obiecuje nowa notka ukaże się zaraz po notce, która została dodana po przerwie kilku miesięcznej. Nigdy tak nie jest. Zawsze wracam tu na chwilkę, a potem słuch o mnie musi zaginąć. No nic, biorę się za pisanie. Tak więc, problemem jaki dziś chciałabym z wami poruszyć są podróże wakacyjne młodych ludzi, którym nie da się wbić do głowy, że wsiadanie do obcego auta jest nad wyraz niebezpieczne…
Na polskich „autostradach”(czyt. drogach krajowych) możemy znaleźć przeróżne typy ludzi i osobowości. Pierwszym typem jest kierowca dużego samochodu ciężarowego, tzw. Pan Tir. U nich najczęściej można palić w nieograniczonych ilościach papierosy i oglądać gołe cyce na plakatach/ ulotkach/ breloczkach. Większość powyżej trzydziestki, ale niekoniecznie.
Cecha charakterystyczna: CB radio i nieudolny podryw.
Wady: jedno miejsce siedzące i jedno … leżące … :>
Częstotliwość zatrzymań na drogach krajowych w roku 2007: cztery do dziesięciu.

Drugi typ to kierowcy samochodów osobowych lub busów, tzw. Makdrajwy. Panowie w wieku od trzydziestu do pięćdziesięciu lat, mili, wygadani. Spotykani raczej na długich odcinkach np. Warszawa – Poznań. Po średnio godzinie jazdy robią przerwę i zajeżdżają do knajpy/ baru/ makdonalda i stawiają wszystko czego dusza zapragnie. Najczęściej trafiają się w drodze powrotnej i z politowaniem patrzą na uczestniczki podróży. Portfele grubsze niż przeciętne, ale nie za grube bo czasami można płacić kartą.
Cechy charakterystyczne: Nienaganny strój i podróże służbowe.
Wady: Brak kierowców, którzy zjeżdżają do barów wegetariańskich.
Częstotliwość zatrzymań na drogach krajowych w roku 2007: dwa do dziesięciu.

Następna grupa to kierowcy – ekscentrycy. Rzadziej spotykani niż wyżej wymienieni lecz i to się zdarza. Grupa wiekowa to dwadzieścia osiem – trzydzieści cztery lata. Szefowie firm, którzy lubią mówić co robią, ile zarabiają i ile kosztował samochód: właściciele stadnin konnych, reżyserzy filmów porno, geje, niespełnieni życiowo nieudacznicy, kłamcy, naciągacze, niewyżyci seksualnie popaprańcy.
Cecha charakterystyczna: dobry samochód
Wady: Zbyt dużo słów o sobie na minutę
Częstotliwość zatrzymań na drogach krajowych w roku 2007: jeden do dziesięciu.

Czwarta grupa to miejscowi. Pomagają pokonać małe trasy drogami mniejszymi, wiedza co i jak , znają okolice jk pochwę własnej żony i bez mapy potrafią powiedzieć gdzie się mamy udać. Podwożą zawsze trochę dalej niż jada, choć wcale nie mają po drodze. Posiadają w większości stare samochody, wysłużone kierownice i przepocone siedzenia. Często zawieszają zapachowe choinki. Wiek bardzo zróżnicowany.
Cecha charakterystyczna: dialekt regionalny
Wady: Zanim wsiądziesz, już musisz wysiadać
Częstotliwość zatrzymań na drogach krajowych w roku 2007: jeden do dziesięciu.

Grupa piata to kierowcy wyzwoleni. Wiek jest tu nieograniczony, podobnie jak wygląd. Poznać ich można po braku stosowania się do jakichkolwiek przepisów drogowych, otwartym oknie na wyrzucanie petów i częstej zmianie kaset/ płyt/ stacji radiowych. Najczęściej milczą lub odpowiadają na pytania jednym słowem.

Cecha charakterystyczna: głośna muzyka
Wady: brak bezpieczeństwa mimo pasów
Częstotliwość zatrzymań na drogach krajowych w roku 2007: jeden do dziesięciu (oby jak najmniej).

Nie są to oczywiście wszystkie grupy z jakimi spotkałam się dotychczas, jednak te sa najbardziej widoczne. Po głębszych przemyśleniach stwierdzam, że czasami nawet lepiej, kiedy wakacje się kończą.


skomentuj (0)





2007-10-24
16:47:57




Nad jeziorem wiał jeszcze lekki wiatr, było jasno na tyle, że widać było małe rybki pod powierzchnią wody. Nie wiem zupełnie dlaczego, ale zaczęłam się wtedy zastanawiać, co tak naprawdę wszystkie trzy tu robimy. Jak to się wszystko stało, że wszystkie dopuściłyśmy się takiego niedopatrzenia. Bo przecież nie jest normalne coś co normalne nie jest i nie będzie, i chyba tylko przez wyuczoną grzeczność nie mówimy nic.

Przytaknę.







Do powrotu z wakacji zbierałam się ostatnie kilka dni. Odwlekałam to tak długo jak tylko było to możliwe. Dziś jednak obudziłam się ze złotówka w kieszeni i wiedziałam, że jak najszybciej powinnam się znaleźć na Okopowej dwa-trzy. I szkoda, że to właśnie teraz nastąpiło, w momencie kiedy pogoda zaczęła dopisywać, a rozpieprzona niemiecka przyczepa zaczęła mi się coraz bardziej podobać.

PS. notka nieaktualna, ale zamieszczam ja, bo wcześniej nie było czasu.


skomentuj (0)





2007-05-09
11:56:54




Na drzewach niedaleko mojego bloku rozwija się bez. Niektóre gałązki bardziej, niektóre mniej śmiało. I chociaż pada deszcz, a za każdym oddechem leci para z ryja, to ja i tak wiem, że lato niedługo nadejdzie.
Starzy górale mówią, że lipiec będzie deszczowy. Kiedy w miesiące letnie pada deszcz, to od razu przypominają mi się upalne wakacje dwa tysiące cztery, kiedy deszcz bardzo zaskakiwał. Był wtedy pożądanym gościem, ale zaskakiwał, padał często nawet wtedy gdy w tym samym momencie świeciło słońce. Tamto lato zapadło mi w pamięci nie tylko z powodu duchoty i opadów, ale też dlatego, że było to lato o tyle różne od innych , że zawierało w sobie najmniej zmartwień i najwięcej beztroski. Wspaniałe lato kiedy bezszkolnie czułam się o tyle komfortowo, że nie musiałam się martwić co dalej. I chyba wiązałam nadzieje z wrześniem który nastąpił po tamtym lecie, ale nie pamiętam już czego tak naprawdę oczekiwałam.
Tak, tamto lato na zawsze będzie najfajniejszym latem jakie tylko mogło być. Mimo tego upału, który pozwalał wychodzić z domu dopiero po piętnastej, i mimo mojego wieku, który nie pozwalał mi na zbyt wiele. I tak naprawdę to mimo WSZYSTKO to lato uwielbiam. Nie zauważalnie od tego lata wszystko zaczęło się zmieniać. Coraz więcej było dobitnych świadectw mojego rozwijania się w różnych dziedzinach.

Szkoda czasami, że to lato już nie wróci. Że znów nie mam piętnastu lat i że znów nie mam tej mało rozwiniętej niewinnej (!) świadomości. Szkoda mi też z tego względu, że wtedy wszystko było takie proste. Pieniądze dawali ludzie na ulicy, kiedy tylko się ich o to poprosiło. Czas nie ulegał ograniczeniom a potrzeba jedzenia zanikła gdzieś między czwartym dniem a piątym papierosem.
Pamiętam, że siedziałam w tej samej pozycji co teraz, przed tym samym monitorem i tłukłam w tę samą klawiaturę do czwartej nad ranem niewiadomo po co, śmiejąc się w szkło. Trochę to śmieszne, trochę niezrozumiałe. Czasami nawet w radio lecą te same piosenki, które leciały w tamto lato. Naprawdę, te same, choć maja teraz inny wydźwięk lub zostały go wogle pozbawione.

Z tamtych dni pamiętam jeszcze, że miałam takie szerokie dżinsy i miałam je zawsze mokre do połowy łydki bo chodziłam po mokrej nawierzchni. Z czasem te plamy się pogłębiły i nie dało się ich już sprać. Zostały na nich takie fale Dunaju koloru brudnego. Przestałam nosić te spodnie we wrześniu który był wrześniem po Tym Lecie.


skomentuj (1)





2007-04-10
20:48:51




Minęło już kilkanaście dni odkąd skończyłam dziewiętnaście lat. Nadal jednak utrzymuje, że mam niespełna osiemnaście. Nie wiem dlaczego tak robię, może przyzwyczaiłam się mając mniej lat, że najlepiej byłoby mieć osiemnaście. Ale, że osiemnastu nie miałam, to mogłam upierać się, że jestem przed osiemnastką. Przecież nie kłamałam, byłam przed, ale ile to już sprawa indywidualna ile i do czego komu brakuje. Jednak wróćmy do urodzin. Urządziłam nad wyraz uroczy bal dla koleżanek z podwórka i koleżanek nie-z-podwórka. Dla przemiłych parafianek i dla heteroseksualnych dziewcząt też, bo właściwie to nie lubię się ograniczać. Wydawać by się mogło, że umknęło mi kilka momentów, ale kto by się tym przejmował. Nie to, że zasłaniam się wódką, aby coś ukryć, nie ma mowy, ja po prostu stwierdzam poziom ogarnięcia. (Właściwie to nawet ciekawe co takiego mam do ukrycia. Może jakiś liścik, może kolekcje potajemnej korespondencji, długi, zdjęcia, chodzi mi tu tylko o rzeczy materialne, które ewentualnie podczas nieobecności lub po śmierci, mogłyby ujrzeć światło dzienne.
Bo, nie ukrywajmy, niejeden cos ukrywa, albo ukrywa przez jakiś czas, a potem zapomina, zupełnie zapomina.).
Wracając do balu to chciałam dodać jeszcze, że zabawa była wyśmienita. Pomijam nawet moje drastyczne uchybienia co do przygrywającej sekcji muzycznej.


skomentuj (1)





2007-03-05
20:17:26




Bycie matka, żona i kochanką wobec jednej jedynej osoby, niektóre kobiety przyprawia o ból głowy, natomiast inne są z tego dumne i radosne. Niekiedy taka potrójna rola w życiu człowieka może zaważyć na jego dalszych relacjach z osobą, która ową matkę, żonę i kochankę posiada w tej jednej osobie. No bo gdzie jest właściwie ta granica pomiędzy matką, a żoną, żoną, a kochanka i wreszcie między kochanka, a matką? Niewątpliwie jest to ciężki orzech do zgryzienia. Bo tego nie da się podzielić na odrębne strefy … Wszystkie te czynności i zachowania nakładają się na siebie i tworzą coś na podobieństwo nie rozrywanej całości, która jest potrzebna każdemu z nas.
Rezygnując z jednej z tych postaci musisz również zaakceptować brak innych, których wcale nie chciałeś się pozbywać. Trochę to absurdalne, ponieważ każdy ma do odegrania jakąś role, a tu nagle się okazuje, że odgrywa trzy naraz i to ściśle ze sobą powiązane. Idąc dalej, jeśli nie pasuje nam jedna z ról możemy to teoretycznie zaakceptować, bo to tylko jedna trzecia zła, dwie trzecie idealnie pasują nam do planów i postanowień. Zostają zatem dwie, jedna odchodzi, ale tylko pozornie. Ona jest blisko i choć nie ujawnia swojej bytności na każdym kroku to łatwo odczuć, że potrójna rola wcale nie stała się podwójną.
Role również możemy zamienić tak aby pozostały takie jakie są, ale miały odrobinę inny charakter i styl. Krótko mówiąc z matki robimy teściową, z żony kurę domową, a z kochanki przyjaciółkę. Role sa odgrywane, ale pod innym kryptonimem i nikt się nie czepia o szczegóły. Matka –teściowa nie ma takiej mocy i władzy nad nami jak matka, zona nie domaga się dmuchania tylko gotuje obiad, a z kochanka się przyjaźnimy, więc nikt nam nic nie może zarzucić. Proste.
Ale tylko na pierwszy rzut oka.



skomentuj (4)





2007-02-26
20:47:59






Znalazłam dziś w śniegu jeden grosz. „To na szczęście” – pomyślałam i schowałam go do kieszeni. Szczęście, czy też jego brak zawsze się z czymś wiążą, i niekoniecznie znalezienie jednego gorsza musi wskazywać, że za rogiem leży sobie sama wypłata Andrzeja Leppera. Jeden grosz jest mały jak wszystkie małe rzeczy i drobne sprawy, o których nawet nie mamy pojęcia tak niewiele znaczą dla każdego z nas. Ale weźmy sobie jako przedmiot rozmyślań zwykły baton. Z czekoladą powiedzmy. Stoimy na przystanku, nie mamy żadnej gazety, bo jest już popołudnie i metra już nie rozdają, ani żadnej książki, bo nie chce nam się nosić czegoś co teoretycznie się nam nie przyda, a zajmuje tylko miejsce w torebce. No więc stoimy i gapimy się powiedzmy na reklamy. Ze zdjęcia macha do nas szczęśliwa rodzina, szczęśliwa dzięki czekoladowym batonom. Robi nam się ochota na baton. Wsiadamy w autobus, wysiadamy w pobliżu dużego sklepu spożywczo-przemysłowego. Powiedzmy, że w oszoł. I tak nie mamy co zrobić z czasem więc wstępujemy do oszoł, a że przypadkiem jesteśmy tam umówieni, to jeszcze lepiej bo będziemy sobie mogli zakupić owy baton, który wywołał ochotę, która nas prześladuje od momentu zadziałania na nas tej wstrętnej reklamy. Idziemy sobie spokojnie po sklepie, nagle w oddali pojawia się w zasięgu naszego wzroku dział z batonami. Przyspieszamy krok, na twarzy maluje nam się niewinny uśmieszek. Sięgamy po baton, idziemy do kasy. Tam długa kolejka. Czekamy i czekamy, nareszcie nasza kolej. Wyjmujemy kartę bankomatową, pin, akceptuj i baton jest nasz. Ale zaraz, nic w życiu nie jest pozbawione absurdu. Jest zawsze choć odrobinka… Otacza nas biurokracja, masa urzędów, sądów, przychodni, cyferki, puste pola, podpisy, druki, deklaracje, umowy, przepisy…
Cholerna biurokracja. Nigdy nie sadziłam, że pani z supermarketu przetnie mi na pół nową, nigdy nie używaną kartę bankomatową, tylko dlatego, że jakiś dyspozytor wydał takie polecenie. Naprawdę zaskakujące jakie wszystkie instytucje są zagmatwane. I jak to jest, że pielęgniarka która zarabia osiemset złotych musi na własny koszt wyposażyć za trzysta złotych swoja małą szkolna przychodnię? Takie rzeczy nas nie interesują, to nas zupełnie nie obchodzi. Wszyscy przypinają sobie zielone wstążki na znak obrony torfowisk w dolinie Rospudy, ja przypnę sobie niewidzialna wstążeczkę na znak niemego protestu który nie osiągnie skutku. Protestu przeciwko absurdom.


skomentuj (0)





2007-02-20
20:28:26




Nie ma się co podniecać za bardzo, życie toczy się swoim torem tak jak dotychczas. To naprawdę dziwne, że odpowiedzialność za swoje decyzje zaczynamy ponosić nagle, w najmniej odpowiednim momencie. Czasami już nie pamiętamy dokładnie wszystkich okoliczności jednak dźwięczy nam w uszach nasza wina i z każdym spojrzeniem przypomina o sobie coraz bardziej i bardziej. Ona jest z nami. Odchodzi w momencie wyjaśnienia i naprawienia tego co uległo zniszczeniu lub tez zostaje w nas na zawsze ujawniając się co jakiś czas pod postacią małego ukłucia albo uczucia mrowienia w środku łokcia. I nikt tak naprawdę nie wie kiedy Ona znika i kiedy pojawia się następna aby nam towarzyszyć każdego dnia. Bo każdy z nas jest chyba trochę winny temu co się wydarzyło. Ty tez się do tego przyczyniłaś …. Nawet Ty.

Chciałabym aby los przydzielił mi nowa winę, abym nie musiała już zadręczać się starą tą winą która poprzez swoją potrójna wymowę jest cięższa i obszerniejsza niż standardowe winy przydzielane losowo. Bo takie winy losowe z urzędu ma każdy i nie należy się tym zbytnio przejmować. Po prostu pewne kategorie życia się wtedy omija, aby uniknąć reakcji retrospekcji i co się z nią wiąże (wszak to oczywiste) reakcji analizy dogłębnej, wewnętrznej i obustronnej. Tego lepiej unikać, lepiej mieć winę z urzędu bo tam winy nie dotyczą nas od tej naszej dziwnej strony. Winy z urzędu każdy rozumie, bo jak inaczej zrozumieć oskarżenie „źle postawiona stopa” jak nie tak, ze ktoś stopę źle postawił? Tylko tak, inaczej nie można.

Winę trzeba zrozumieć, bo przecież problem trzeba rozwiązać, nie można go wyrzucić do kosza bo wróci on niczym pierścień atlantów wyrzucony przez balkon. W ten sposób nie da rady. Trzeba pomyśleć nad innym rozwiązaniem i aby je znaleźć trzeba wiele poświęcenia a przede wszystkim wiele odwagi by spojrzeć w te oczy.

A co ze słowem przepraszam? Bo ja słyszałam, że dobry zwyczaj, chuj, obyczaj mówi, iż jest to w dobrym guście… Owszem, jest w dobrym guście, ale nie wtedy gdy w grę wchodzi wina. Przepraszam jest dobre kiedy chcemy by nas ktoś przepuścił na schodach ruchomych w metrze kiedy chcemy o własnych siłach wejść na górę. Albo kiedy nadepniemy komuś na biały nowy but. Jest masa sytuacji kiedy mówimy przepraszam, ale wina do nich nie należy. Wina to sytuacja złożona, napięta, delikatna a zarazem tak silna, że niszcząca głowę. I żyjesz z winą, nic nie czując, ale pewnego dnia wina się ujawnia. Wtedy znika cały Twój świat i zostajesz ze swoja wina zupełnie sam. I biczują Cię wspomnienia, bo przecież nie da rady ich wyrzucić.


skomentuj (0)





2007-02-06
13:43:42




Czasami zastanawiam się jak to jest w życiu, że kiedy ktoś wygrywa dużo pieniędzy na loterii, komuś innemu pali się dorobek całego życia. Jeśli miałabym określić czy w życiu mam pecha czy też odwrotnie to nie wiedziałabym co mam rzec. Taka sprawę trzeba by było dogłębnie przemyśleć, analizować dzień po dniu, całe życie, brać pod uwagę nawet to, czego nie pamiętamy. I gdybym miała taki bilans zrobić to pewnie zajęłoby mi to wiele czasu, a na koniec zapewne okazałoby się, że to tak naprawdę do niczego konkretnego mnie nie zaprowadziło. W ostatnich dniach jednak trochę więcej zastanawiam się nad pojęciem pecha/szczęścia niż normalnie. Rozpatrując to na podstawie ostatnich wydarzeń z pozoru mogłoby się wydawać, że mam większe predyspozycje do doświadczania wydarzeń pechowych niż tych szczęśliwych. Kiedy się jednak zagłębić bardziej w moje codzienne czynności to wszystko nie jest już tak pechowe jak na pierwszy rzut oka. Sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, jeśli kierowałabym się odwieczną zasada równowagi przyrody, to mogę teraz spokojnie czekać aż ja znajdę na ulicy torebkę z zawartością. Jeśli jednak zasada to tylko czcze słowa to mogę spodziewać się złych wiadomości, niepowodzeń szkolnych i osobistych jak również tego, że wyniosą mi w nocy z pokoju komputer jacyś złodzieje w rajstopach na głowie.

I czyje dziesięć funtów znalazłam w kieszeni spodni za dwa złote z lumpeksu? Czy pieniądze należały do syna biednej kobiety czy tez do chłopaka córki kogoś bogatego? I czy wogle ta strata dla kogoś cos znaczyła? Nie dowiem się tego. Rzeczy znalezione rzadko wracają do właścicieli, choć nie jest to regułą. Ja po prostu pójdę i kupie sobie nowa torbę, a legitymację wyrobię w poniedziałek.
Cieszę się, że to tylko materialna strata, są przecież inne straty, rzeczy, osoby których nie da się już odzyskać. Pieniądze zawsze można zarobić, odkupić, wyrobić nowy dowód tożsamości. Bo … każde nieszczęście dzielone z kimś dokładnie na pół może mieć w sobie troszeczkę ze szczęścia. I choć wolałabym wygrać milion niż stracic pięć złotych w tramwaju to tak naprawdę chciałabym tylko mieć Ciebie, spokój i Kubusia z formuła Pro-a, bo tam sa naklejki ze scoobim – doo pod etykietkami.


skomentuj (2)





2007-01-21
22:02:09




Moje złote buty będą miały premierę w eMTiVi. Konkursu na najlepiej ubrana dziewczynę nie wygrałam, ponieważ nikt ze mnie sukienki w przypływie zazdrości nie zdarł. Może to i dobrze, przynajmniej mogłam spokojnie jeść i pić, a nie udzielać wywiadów dla lokalnego radia lub dziennika. Cieszę się :P
Kiedy zaś moi fani za bardzo interesowali się mną zdejmowałam złote buty i znikałam, bo buty te były magiczne. Było w nich cos niesamowitego, i nie była to tylko ich cena. Kiedy zdejmowałam buciki znikałam i było to wygodne. Szkoda, że na co dzień nie mogę ich nosić, choć pewnie byłoby to zbyt kuszące cały czas znikać przed kimś lub czymś. Za każdym razem, kiedy próbowałam znów się pojawić zakładałam buciki i było coraz ciężej je na siebie wcisnąć. Za którymś razem, nie byłam już w stanie ich założyć. Zniknęłam na dobre.

Jadłam co pół godziny wielki talerz, sałatki, dania gorące lub ciasta, w zależności od smaku jaki miałam. Jadłam najwięcej, nikt tyle nie zjadł co ja. Za karę nie mogę jeść do końca tygodnia, dobrze, że już niedziela, do soboty jeszcze sześć dni.
Wódkę piłam co godzinę, drinka pół na pół zmieniając płyn uzupełniający zależności od tego co akurat było dostępne.
Moja mama była ze mnie bardzo dumna, prawie cały czas, może oprócz momentu kiedy sukienka spadła mi niemal pod sam biust.


skomentuj (0)



































xiega


...



Linki






lay by malgos